Dynamo Kijów - Steaua Bukareszt

We wrześniu 2005 roku przez tydzień nie obejrzałem żadnego meczu piłkarskiego. Gdy zaczynała się transmisja w telewizji, wychodziłem do innego pokoju lub na spacer, natomiast z wypadu na stadion po prostu zrezygnowałem. Nie czytałem wiadomości sportowych. Ostatni „wielki post”, który pamiętam, przydarzył mi się w latach szkolnych. Przyczyną tego, co się stało, był – jakżeby inaczej – wynik meczu. Brzmiał następująco:

DYNAMO KIJÓW 1 : 4 STEAUA BUKARESZT

Tych, którzy nic nie wiedzą o moich sympatiach kibicowskich ani o kibicowaniu jako takim, informuję: nie znam żadnego fana, który po wysokiej wygranej swojej drużyny, odniesionej na wyjeździe z teoretycznie dużo mocniejszym rywalem, zdecydowałby się na rozbrat z piłką. Rzecz jasna, czasami myślę sobie: „Po finale mistrzostw świata POLSKA – UKRAINA (powalający mecz skończy się wynikiem 2 : 2 po dogrywce, oglądania karnych nie wytrzymałbym nerwowo, poszedłbym więc na papierosa) rzucę to w diabły i poszukam innych zajęć. Zresztą mógłbym nawet umrzeć, i tak nie przydarzy mi się już nic lepszego”. Zdaję sobie jednak sprawę z kompletnej utopijności takich myśli. Co gorsza, wcale nie chodzi o nikłe szanse obu ekip (piszę to kilka godzin po „przesławnym laniu”ze Słowenią w Mariborze). Deklaracja tego typu w moim przypadku nie jest bowiem niczym więcej niż noworocznym postanowieniem, wygłoszonym po drinku i zapomnianym jeszcze przed następną kolejką.
W tamtym czasie miałem, jak to się mówi, „ciężki okres w życiu”. Nie ma sensu mówić o szczegółach, powiem tylko tyle, że często czułem się jak tonący i rozglądałem się za brzytwą. Łatwo przewidzieć, że chwyciłem się piłki nożnej. Równie łatwo zgadnąć, że okazała się ona, jeśli wolno tak powiedzieć, brzytwą z opóźnionym zapłonem.
Przez kilka miesięcy szło całkiem nieźle. Podbudował mnie zwłaszcza udany debiut reprezentacji Ukrainy w Mś w Niemczech. I nagle, w sytuacji, gdy gramy w Kijowie i jesteśmy absolutnym faworytem, gdy, mówiąc językiem komentatorów, przewyższamy rywala w każdym elemencie kunsztu piłkarskiego – taki klops. Krótko mówiąc, stwierdziłem, że życie serwuje mi zbyt dużo upokorzeń, bym tak beztrosko mógł sobie pozwolić narażać się na kolejne.
Jak już wspomniałem, w tym postanowieniu wytrwałem przez tydzień. Wielu z was powie zapewne, że krótko, niemniej jestem przekonany, że zdanie moich znajomych na ten temat brzmiałoby: za długo.
Mieszkaliśmy wówczas we czwórkę. Wskutek takiej a nie innej decyzji, miałem z pozostałymi coś w rodzaju cichych dni. Andrzej znosił to bez problemu. By mnie nie drażnić, taktownie ściszał telewizor w czasie transmisji, ani słowem nie wspominał o wynikach. Przestał konsultować ze mną obstawianie w STS-ie meczów ligi ukraińskiej i rosyjskiej. Słowem, zdrowe podejście. Najwyraźniej doskonale wiedział, że to długo nie potrwa, postanowił więc poczekać na mój powrót do „normalności”.
Z dziewczynami wyszło inaczej. Sama decyzja była dla nich czymś z półki „ni ziębi, ni parzy”, lecz gdy zorientowały się, że jej realizacja wiąże się ze znoszeniem osobnika permanentnie nabzdyczonego, spróbowały to zmienić. Skończyło się bezsensowną scysją. Zgadza się, to ja grałem w niej główną rolę. Sypanie głowy popiołem tudzież inne formy ekspiacji są bezużyteczne. Czułem się z tym okropnie, ale dobrze wiem, że dziś zareagowałbym równie idiotycznie.
Chodzi o spotykaną z reguły u kobiet (to moje własne zdanie) POTRZEBĘ ZROZUMIENIA. Innymi słowy, ktoś się martwi. Wiemy czym, lecz nie wiemy dlaczego. Wniosek: na pewno ma jakiś powód, który należy zrozumieć i wtedy potrafimy mu pomóc.
Niestety, z piłką nożną jest inaczej. Przede wszystkim dlatego, że ona NIE JEST DO ROZUMIENIA. To teren zupełnie inny od, dajmy na to, cukierni IRENA na Francuskiej, gdzie jest czysto, schludnie, ładnie pachnie i podają wyśmienitą szarlotkę z kruszonką. Inaczej: jest to teren, na którym zawodzi podszyta zdrowym rozsądkiem empatia. Doradzenie kibicowi powściągliwości w jedzeniu ciastek (czyli oglądaniu meczów) tudzież wzmożonych ćwiczeń celem spalenia nadmiaru kalorii, to znaczy emocji (ciekawe jakich: płyta z muzyką relaksacyjną po blamażu trzy do koła – już to widzę...) jest niedorzecznością.
Wystarczyłaby zwykła olewka. Dla przykładu przedstawię swoje „stanowisko w sprawie rzeczonej szarlotki z kruszonką” (szkoda, że żaden z polityków nie wypali w takim stylu w czasie przemówienia). Otóż:

  1. nie wiem, jak to wygląda;
  2. prawdopodobnie nigdy jej nie jadłem, a jeśli nawet, to bezwiednie;
  3. na temat smaku szarlotki z kruszonką wydukałbym, że smakuje jak szarlotka z kruszonką, cokolwiek miałoby to znaczyć;
  4. nie przeszkadza mi, że inni uwielbiają szarlotkę z kruszonką, przy czym bynajmniej nie staram się szukać przyczyn tego afektu ani wspierać kogoś, kto zazna zawodu miłosnego.
Jak widać, bułka z masłem. Zamiast próbować mnie zrozumieć, wystarczyło potraktować sprawę urazu pomeczowego jak coś w rodzaju autobusu linii 117, którym się nigdy nie jechało i który widuje się jedynie w rozkładzie na stronie ZTM-u. Drobiazg, lecz jakże pożyteczny dla zdrowia psychicznego.
Jeszcze raz powtarzam: kibicowanie, podobnie jak cała piłka, NIE JEST DO ROZUMIENIA. Myślicie, że ja wiem, dlaczego wkładam tak wielki wysiłek (przede wszystkim emocjonalny) w sprawę, na którą nie mam najmniejszego wpływu i która w każdej chwili może przejechać się po mnie walcem drogowym? Myślicie, że inni kibicujący to wiedzą? Tak naprawdę mamy jakieś standardowe odpowiedzi na to pytanie, lecz nie należy traktować ich poważnie. W żadnym stopniu nie przybliżają one do istoty zjawiska, ponieważ są rzucane na odczepnego (najczęściej) lub mają na celu odniesienie korzyści (podrywanie dziewczyn, zaimponowanie kolegom itd.). W pewnej książce wyczytałem coś takiego: „Miłość jest jak gruszka. Spróbujcie zdefiniować kształt gruszki”. Parafrazując: oglądanie meczów jest jak poruszanie się według mapy, na której ktoś precyzyjnie zaznaczył miejsca, do których pod żadnym pozorem nie należy wchodzić. Czemu więc nie potrafimy ich ominąć?
Mój komputer, gdy przegrywa ze mną w preferansa, natychmiast dziarsko zaczyna kolejne rozdanie, nie wykazując przy tym żadnych oznak przygnębienia: zero migotania, sygnałów dźwiękowych i tym podobnych rzeczy, nawet wiatrak nie zaczyna działać głośniej. Może więc w tym wszystkim chodzi o jakiś ułamek istoty człowieczeństwa? Tak, zdaję sobie sprawę, że taka definicja godna jest hipotezy głoszącej, że Biblia to arcydzieło literatury psychodelicznej.
W zeszłym tygodniu omal nie spóźniłem się na spotkanie z bratem. Po drodze „przystanąłem”, by „rzucić okiem” na rozgrywany na Agrykoli mecz piętnastolatków. Na szczęście trwała druga połowa i do końca zostało niewiele czasu. Nie miałem pojęcia, kto z kim gra i o co.

[aleksander horodecki]

 
Projekt został zrealizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Urzędu Dzielnicy Praga Południe
Koncentrat.org.pl kępa cafe Zakochaj sie w Warszawie Herb m.st. Warszawa

Główna | Zdarzyło się... na Saskiej Kępie | koncentrat | kontakt