zgrzytliwy patefon

A szkoła, cóż, ze szkołą było dużo gorzej niż z garncarstwem.
Pan Dolężał, wielki antyklerykał, w szkole imienia Aleksandra Forda zamiast uczyć biologii musiał z braku etatów przejąć prowadzenie lekcji religii. - Na pewno da pan sobie radę – za oknem późne lato przeciągało się we wczesną jesień, ale w głosie dyrektora Muszelaka nie było nadziei na nowe. – W końcu religia i biologia nie różnią się od siebie – dodał.
Dyrektor Muszelak nie był dobry w subtelnych kłamstwach, zawsze łgarstwo miał szyte nićmi grubymi, za co Dolężał jako laik i antyklerykał darzył go niejaką formą sympatii od serca. Niestety, objęcie nowej funkcji wiązało się z koniecznością codziennej spowiedzi o szóstej rano i biczowaniem przed snem, czego uniknąć się nie dało. Dolężał odreagowywał lepiąc z glinki. Niestety, osobowość miał niezbyt mroczną (racjonalista-romantyk, idealny mąż bez męskich przyjaciół), więc cierpienie swej duszy przelepiał w bezkształtne, niepodobne do niczego ładnego quasi-naczynka.

To był wtorek, to był wrzesień, pan Dolężał wszedł do sali od religii i niemal padł olśniony urodą jednej z uczennic. Katecheta z musu od dawna nosił w sobie i swej głowie ideał kobiety, który zawierał się w formule blondyneczka na szpileczce. Cudowna, miodowowłosa i morskooka siedemnastolatka ubrana była w gustowny, acz nieco staroświecki fartuszek z koronkowym kołnierzykiem, to była ta jedyna! Wymarzona! Blondynka na szpileczce!

– Przedstaw się, moje dziecko – poprosił pan Dolężał.

– Jestem Lucynka Radziwiłł. Z Radziwiłłów z Francuskiej – powiedziała blondynka na szpileczce, mierząc pedagoga orzęsionymi oczyma. – Bagaż intelektualny ocalałej w czasie wojny rodzinnej biblioteczki nie pozwala mi wierzyć w Boga, ale najbardziej lubię to przykazanie o rodzicach. Aha, jak cholera lubię jeszcze garncarstwo – dodała z uśmiechem.

Sala wybuchła śmiechem. Najgłośniej rechotały już utyte, już wąsate, tęgie w biodrach dziewuszyska z Grochowa, z chamowa, podłe, w tych swoich opaskach, niby sportowe, a w duszy dresiarskie. Lucyna jak na młodą damę przystało nie zwróciła uwagi na docinki (– Pogrzeb w mojej glince – krzyknął całkiem dorodny wyrostek o aparycji parobka), fruwające „samolociki” zrobione z zatłuszczonych kartek wyrwanych z zeszytów i kulki papieru, jakże celnie skierowanych w równy przedziałek rozdzielający kaskadę miodowłosej Niagary na dwie równe części.

Kilka tygodni później w szkole imienia Aleksandra Forda skandal wstrząsnął sumieniem każdego: od dyrektora po woźną Alicję. Pisano o ciąży, lubieżnym użyciu medalika z bozią, ale w gruncie rzeczy zazdroszczono Lucynie i Dolężałowi tych wszystkich interakcji, w wyniku których pojawić się mógł płód, ale pojawiło się najpierw ogromne uczucie.

Wieczorami, kiedy chłopcy z Saskiej Kępy, hodujący anglezy pod bejsbolówkami, wychodzą na Francuską udawać jankeskich skejtów, Lucyna i Dolężał wychodzą na patio. Ze starej biblioteczki dochodzi miarowe rysowanie płyty patefonowej przez igłę patefonową: czas zmienił melodię w chorobliwy zgrzyt, jednak emocje nadal płyną przez żebra i żyły. Lucyna bosą stopą przemierza arabeskowe łączenia desek tworzących podłogę, szura swym japońskim szlafrokiem, aby wtulić się w ramiona pana Dołężała, jak należy okrytych kimonem.
Wieczorami, kiedy dziewczyny z Saskiej Kępy, pękają z dumy myśląc o przedwojennych kokach, pełna w miłości para babrze się w glince garncarskiej.
Do utraty tchu. Do wypompowania krwi z palców. Do zaśnięcia nad świeżo ulepionym, pozbawionym artystowskiego sznytu, dzbanuszkiem na kwiatuszka.

[ewa kowalczyk]

 
Projekt został zrealizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Urzędu Dzielnicy Praga Południe
Koncentrat.org.pl kępa cafe Zakochaj sie w Warszawie Herb m.st. Warszawa

Główna | Zdarzyło się... na Saskiej Kępie | koncentrat | kontakt