walkower

Teofila Serek niczym sępica krążyła wokół gustownej willi na rogu Dąbrowieckiej i Walecznych. Dobrze wiedziała, co się tam dzieje. Dobrze widziała, co się tam robi z tymi smutnymi, lekko podpuchniętymi gospodyniami domowymi, z tymi zwykle wesołymi galeriankami odświętnie zastygłymi w smutku. Teofila znała z widzenia długą i chudą panią doktor, wszystko o niej wiedziała. Że lubi jadać świeże ostrygi w modnej, serwującej snobistycznie niesmaczne dania, restauracji niedaleko tych wszystkich ambasad. Że raz w tygodniu kupuje w cukierence babeczki śmietankowe. Teofila nie mogła uwierzyć, że ta chuda, długa, szara kobieta, przypominająca brudną szklankę wypchaną gałgankami, ma dostęp do tych wszystkich kobiet; tych smutnych i tych pół-cyganek, tych kalifornijskich licealistek z dwujęzycznej szkoły i tych zaniedbanych, źle umalowanych bizantyjskich królowych ślepej kuchni. A ona, Teofila, całe życie pracowała, aby mieć choć jedną przyjaciółkę i się nie udało. Czasem z tego powodu płakała, rzucała pomadkę na klozet, miała ochotę dolepić sobie wąsy i iść na mecz piłkarski.

Zadumę Teofili przerwała mesmeryczna figurynka. Dziewczyno-kobieta, niby taka jak wiele, ubrana w stylu angielskiej turystki, w sweterek, w szalik dla ozdoby nie dla ciepła, krótko obcięta i długo czesana, o oczach w kolorze pięknego brązu. Od nieznajomej bił chłód, wielkie pragnienia. Teofila jak zwykle wyszła na czaty ze smyczą zarzuconą na szyję, to sprawiało wrażenie, że jest panią szukającą zabłąkanej suki. Na wypadek ewentualnych pytań Teofila miała w głowie całą historię: suczka – podpalana ratlerzyca miała na imię Dewajtis, ma ruję i często ucieka. Tajemnicza nieznajoma była blada jak księżyc. Przeszła na drugą stronę ulicy, musiała oprzeć się o mur rozpadającej się od wulgarnego graffiti kamienicy. Teofila jak ptak znalazła się przy nieznajomej.

– Moje dziecko, zasłabłaś – powiedziała dziwnie szorstkim tonem starej panny. – Tu niedaleko jest taka kameralna włoska knajpka. Widzę, że potrzeba tobie kawałka pizzy i mocnej kawki.

– A kim pani jest! – krzyknęła dziewczyna. – Myśli pani, że jestem jakąś … jakąś taką … co sobie szuka opiekunki. Że jakąś lesbą niby jestem? – Teofila była rozczulona. Jej nowa znajoma była naprawdę młodą kobietą, niemal dziewczyną, choć pozbawioną dziewczęcej frywolności.

– Ależ moja droga… – Teofila celowo przybrała skórę starej ciotki. Jej ojciec mawiał, że prędzej nadejdzie bażant w okularach niż kobieta będzie zadowolona z pasujących jak ulał rękawiczek. – Nie w głowie mi takie rzeczy. Obie jesteśmy kobietami, czuję, że obie po TYM przejściu, inaczej byś nie odwiedzała pani doktor, czy to nie wystarczający powód, aby zjeść po połówce pizzy?

– Jestem Saba – powiedziała dziewczyna i wyciągnęła rączkę na zgodę.

– Ifigenia – przedstawiła się Teofila.

Niestety, rozmowa we włoskiej knajpce się nie kleiła. Saba nie mówiła zbyt wiele, nie chciała również zdjęć ani swetra ani kardigana ani grubego płaszcza. Nerwowo wtulała się w ubrania. Teofila wiedziała, że kiedyś czuła to samo, co Saba teraz czuje. Pamiętała, że była posłuszną gąską, którą matka jej ówczesnego mężczyzny wzięła za rękę i zaprowadziła do dobrodusznej kobiety, która duszy nie miała. Pamiętała odurzający zapach kwitnących lip saskich i ten kamień w sercu.

– Rozmawiałaś o TYM z kimś – zapytała Teofila. – Z mamą, siostrą … – na chwilę gardło zmieniło się w drewno. – Z … przyjaciółką?

Saba bębniła palcami po przyszarzałym obrusie. Nie patrzyła w oczy rozmówczyni.

– W takich chwilach nie ma się przyjaciółek, a przynajmniej nie myśli się o nich.
A matka, cóż … –
Saba nerwowo potarła czoło. – No, nieważne …

– Dziecko, czy ty masz dla kogo żyć? – Teofila na chwilę wyszła z roli i dała upust targającym nią dusznym emocjom. – Dziecko, odpowiedz sobie!

– Teraz żyję dla pani Ifigenio – dziewczyna uśmiechnęła się smutno.

Kilka chwil później przez Francuską przebiegła krucha figurynka, pełna siły i energii. W tym swetrze, w tym kardiganie, szalu-szaliczku niemal unosiła się nad ziemią. Biegła wprost pod koła tramwaju numer 22, skrajnej linii łączącej Piaski z Żeraniem. Sekundę przed tym jak czoło pojazdu roztrzaskało jej klatkę piersiową, otworzyła na chwilę oczy, aby sprawdzić, czy naprawdę przez sekundę może ogrzać się w tramwajowym reflektorze.

[anna skórecka]

 
Projekt został zrealizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Urzędu Dzielnicy Praga Południe
Koncentrat.org.pl kępa cafe Zakochaj sie w Warszawie Herb m.st. Warszawa

Główna | Zdarzyło się... na Saskiej Kępie | koncentrat | kontakt