W stronę Don Juana

Ten zapach szminki, ten zapach lustra. W teatrze nawet lustro ma zapach.
Jan wszedł do garderoby, która przez wiele lat była dla niego domem. Usiadł na krześle, które – mógłby przysiąc na niewiele pozostałych mu miesięcy – było tym samym siedziskiem, na którym przed pół wiekiem niemal zgwałciła go Iza Lisówna. Niestety, zwierciadlana toń nie kłamała – Jan był osiemdziesięciotrzyletnim amantem dramatycznym. Doskonale wiedział, że z jego urody niewiele pozostało, ale chełpił się przynajmniej bliżej nieokreślonym „swoim czasem”, będącym okresem jego męskiej hossy. Na szczęście zagrał w filmach, takich mało znaczących PRL-owskich melodramatach, komedyjkach czy kryminałach, których drugie dno czasem odkryje jakiś narwany młody badacz, ale dla przeciętnego zjadacza celuloidu mają one gówniany posmak.

… jak to miał w zwyczaju zawsze charakteryzował się sam. Od dawna nie widział nic zniewieściałego w malowaniu twarzy, jednak żartów na ten temat nie lubił. Huh! Mgiełka pudru odurzyła go jak tabaka. Zamknął stare oczy na ułamek sekundy, ale to wystarczyło, by przypomniał sobie zupełnie inną puderniczkę. Słodki bibelot należał do Alicji, wojennej łączniczki. Jan był szczeniakiem, kiedy ujrzał ją na gruzach Warszawy. Była piękna, taka krucha, a zarazem krzepka jak dziewczyna od krów. Mieszkała w cudem ocalałej sutenerze na rogu Zwycięzców i Styki. Jan zaczął ją odwiedzać, nocami nie spał, nocami nawet nie śnił. Alicja nie miała pończoch, jedynie kredką malowała szwy na swoich przepięknych nogach. Jan spod ziemi (dosłownie!) wyciągał dla niej te pisaki, za co ona obdarzała go coraz większym uczuciem. Pewnego popołudnia, wcale nie nocy, niezgrabnie objął ją ramieniem, a ona wtuliła się w niego i sama znalazła drogę do jego ust mamroczących wersety ze Słowackiego…

– Witam mistrza – powiedział aktor Daniel wybijając Jana ze wspomnień. – Mistrz u nas, jak miło. świetnie mistrz wygląda. Jak zdrówko?

– Dobrze, panie Daniu – powiedział lekko nieobecny Jan. – A co u pana? U żony?

– A, zależy której – Daniel wybuchnął śmiechem. W garderobianych ciemnościach wydawał się nawet przystojnym mężczyzną, choć jego uroda pochodziła z mniej okładkowych czasów, w którym mężczyzna nie musiał mieć sylwetki kulturysty. – Bo ja, Mistrzu teraz mam nową żonę.

– Krysię? – Jan zapytał, choć wiedział, że Krysia to przeszłość.

– Nie – aktor Daniel poczuł się lekko zakłopotany. – Z Krysią to chyba z dziesięć lat temu się rozstaliśmy. Jakoś się nie dogadywaliśmy, później się ożeniłem z taką jedną … pewnie pan seriali i tak nie ogląda, to pan nie zna, no nie ważne – mamy trzech synów. Teraz z Aldoną jestem, też mamy synów … bliźniaków.

– To ile ich pan ma w sumie? – Jan był wyraźnie rozbawiony rozmową.

– Siedmiu! – Daniel uniósł się jak na przesłuchaniu. – Z Krysią jeszcze mam dwóch starszych, ten jeden, co w dubbingu robi, a drugi się ożenił dla odmiany, sam ma już dwa maleństwa. Ale krzyż pański, mówię panu. Tylu synów, męczarnia i finansowa, i emocjonalna. Pan to miał szczęście, że z panią Lilą nie miał dzieci … – poczuł, że palnął głupstwo i szybko się pożegnał. Jan drżącą rękę pomadował brwi.

… brwi czarne jak skrzydła jaskółki – znał tylko jedną taką kobietę udosławniającą metaforyczną cechę. W dodatku nazywaną ją właśnie Jaskółką. Może Żydówka? Może Cyganka? Kto, wie, kto wie … ale nieswoja, przyprawiająca o gęsią skórkę. Nie była artystką, ale kochała kolorowe ptaki, w szczególności młodych aktorów scen warszawskich. Janka sobie upodobała. Zarzucała mu na ręce na ramiona i szeptała do ucha „Mój Ty staromodny”. Sobie znanym sposobie aranżowała spotkania na koronie Stadionu Dziesięciolecia i przynosiła nieosiągalne podówczas frykasy: francuskie wino, kremowe włoskie sery i cierpkie jak piersi winogrona. Jadła łapczywie, mlaskając przy tym i śmiejąc się. Jan obejmował ją zbyt mocno, ale jej to nie przeszkadzało. Wybuchała perlistym śmiechem i pytała: – Czy ta Lisówna naprawdę codziennie chodzi do fryzjerki?

– Witam pana Jana, to zaszczyt poznać – powiedział młody człowiek z lustra.

Był niewątpliwie dość przystojny, ale jakby niewyraźny, zamazany. Jan przyzwyczaił się do specyficznej maniery teatralnych mężczyzn, jakby z pluszu ulepionych, ale i zadziornych, patrzących znad kieliszka wódki czy inni na nich patrzą, jednak przybysz był dla niego zbyt chłopięcy.

– Chyba nie miałem przyjemności … – zająknął się Jan.

– Jak to? – aktor Drzazga zmarszczył się, bez dyżurnego uśmiechu wyglądał na swoją „trzydziestkę”. – Ale rozumiem, mistrz we własnym świecie żyje. Jestem Jan Drzazga i mam przyjemność grać Don Juana.

– Pan gra Don Juana? – Jan podniósł wzrok znad szminek, pudrów, pomadek i kleju do przylepiana nosów czy podbródków. – Taki młody mężczyzna … ja grałem Don Juana jak byłem z dziesięć lat starszy od pana, a wielki Lis grubo po pięćdziesiątce się mierzył z rolą.

Aktor Drzazga zagryzł wargę, jakby brakowało mu słów, nie przywykł do takich dziwnych rozmów.

– Cóż, mistrzu, czasy się zmieniają – uśmiechnął się wymuszenie, choć to akurat potrafił zagrać koncertowo. – Wiem, że pan był najlepszym powojennym Don Juanem, podziwiałem pana grę.

– Pan mnie widział w teatrze? To chyba z wycieczką szkolną – w ustach Jana zdanie nie brzmiało złośliwie. – Nie gram od piętnastu lat z okładem.

– W filmach pana widziałem – powiedział aktor Drzazga nie kryjąc irytacji. – W „Lekarstwie na bezsenność”, „Gdańskiej Szafie”, „Odłożonej miłości”… długo by wymieniać!

– Wierzaj mi, nie mniej mnie znów mierżą twoje ciągłe wybryki! – wyrecytował Jan z kamienną twarzą.

– Co?! – aktor Drzazga zaniemówił. – Aaa, to początek kwestii Don Ludwika, to może i ja sobie powtórzę tekst, tylko najpierw bigos zamówię na antrakt, pani Miecia pyszny bigos robi specjalnie dla mnie.

– Boże! – pomyślał Jan. – A kiedy to ja bigos ostatnio jadłem. Chyba na jakiejś Wigilii, jak się komunistyczne rarytasy pożerało, tłuste, niezdrowe, nawet niezbyt smaczne, ale czegóż nie zrobi się dla towarzystwa. Spotykałem się z taką jedną Halszką, no, nic specjalnego, wesoła dziewczyna, rozrywkowa, córka przygłuchej suflerki. Poszliśmy do naszego znajomego… znajomych, ech! Ta pamięć … ale on i tak od lat nie żyje, chociaż młodszy ode mnie. Zima, a my z Halszką i flaszką brniemy przez zaspy. Piękna Saska Kępa, Halszce na amory się zebrało i próbowała mi ten mój kożuch zakopiański rozpiąć! Domek mały i przytulny na Dąbrowieckiej czy Obrońców.

Jem ten bigos, liczę śnieżki leniwie obsypujące ambasadę, aż nagle dochodzi mnie ciepły dziewczęcy głos: – Mój tato przed wojną tu mieszkał, gdzieś w okolicy. Podobno pasjami budowano takie dworkowate domy, nie można było ich od siebie odróżnić. Czasem ktoś się pomylił i prawie wywarzał drzwi willi sąsiadów.

– Jezu – pomyślałem. – Dlaczego ten chłopak w wełnianym golfie się nie uśmiechnie z tej historyjki? – Ta dziewczyna jest piękna! Kocie oko, kasztanowe włosy zebrane w koński ogon, sweterek opięty na małym biuście i … bursztyny? Kto dziś-wtedy nosi-ł bursztynowe korale? Tylko ty, Lilko, tylko ty …

– Pan Jan za pięć minut proszony na scenę – przez interkom dobiegł jak zwykle skrzypliwy głos pani Mieci. – Zbrakło bigosu dla pana Drzazgi, nici z kolacyjki.

Jan podniósł swoje ciężkie ciało z fotela i powolnie zaczął sunąć w stronę Don Juana.

[ewa kowalczyk]

 
Projekt został zrealizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Urzędu Dzielnicy Praga Południe
Koncentrat.org.pl kępa cafe Zakochaj sie w Warszawie Herb m.st. Warszawa

Główna | Zdarzyło się... na Saskiej Kępie | koncentrat | kontakt