Melba

Ta przyjaźń była związkiem ludzi różnych, których łączyła jedynie płeć męska. Paź wyrósł na artystę, performera, ojca obwoźnych wystaw, w towarzystwie których objechał z pół świata. Izydor odziedziczył po ojcu małą, rodzinną cukiernię przy Rondzie Waszyngtona. Wańka Wstańka słynęła z najlepszej melby po lewej stronie Wisły.
Paź musiał przyjąć ciężar nazwiska i pokonać fizycznie ciążenie. Był chłopcem niskim, przyciężkim, krótkonogim i zadziastym, w dodatku jego rzęsy nie chciały być gęstsze. Drakońska dieta i przeszczep włosów zmieniły Paźa w van santowskiego surfera, tylko z tymi rzęsami nie dawał sobie rady, choć pomocne bywały tusze reklamowane przez celebrytki z okienka tv.
Izydor żył zawinięty jakby w melbę, przyprószony posypkami i wiórkami kokosowymi, bezpłodny do szpiku gości. Nie myślał o żonie i dzieciach, jego żywot składał się z sekwencji nasyconych romansów z kobietami, którym brak było wspólnego mianownika. Jego życie układało się na kształt łańcuszka krótkich, łatwo nawiązywanych przyjaźni. Izydor najdłużej związał się z Ksenią, klasyczką reklamy ambientowej, którą załamało nerwowe załamanie. Stałym punktem była wyłącznie przyjaźń z Paźem, braterstwo, pchane jak wózek ze złomem. Lubili spotykać się wieczorem, aby oglądać filmy z Eastwoodem i orangutanem – dyskusjom o wyższości kunsztu aktorskiego jednego nad drugim końca nie było widać. Od lat planowali wspólne wakacje w Estonii, ale raz brakowało czasu, raz brakowało pieniędzy.

Wystawa Paźa była wydarzeniem roku. Galeria Galeria została wypełniona serią lighboxów zatytułowaną Rzensy. Pisali o niej najlepsi krytycy: i ci smagli, i ci otłuszczeni, starzy przy piórze i młodzi przy kompie. Izydor przechadzał się trochę zagubiony pośród rzeczy, które nie miały nic wspólnego z ludowymi deserami lodowymi, ale cieszył się sukcesem Paźa. Czuł się nieco zakłopotany faktem, że musi swojego drobniutkiego przyjaciela mocno przycisnąć do piersi, w końcu tylko publicznie pokazane uczucie zostaje w pamięci. A Izydor wyhodował ostatnio fałdki na brzuchu niebezpiecznie zapowiadające nadejście napompowanego balona.

– Ach, umieram – powiedział Paź nieco teatralnie. – Czyż to nie najcudowniejszy dzień mojego życia – Izydor w takich chwilach nie poznawał przyjaciela, który perlił się nad kieliszkiem szampana i zmuszał do palenia cienkich papierosów. – Idź, obejrzyj jeszcze … trochę sztuki na piętrze. I Paź zniknął w tłumie nim słowa wybrzmiały.

Izydor nawet skupił się na rzęsach, kiedy jego uwagę wzbudziła piękna kobieta. Pod ścianą zaklejoną znaczkami pocztowymi przedstawiającymi tęczowe włoski stała nieco zacięta, mocno cygańska blada brunetka w czerwonej sukience. Izydor popłynął jak zaklęty, jednak nie wiedział jak rozpocząć rozmowę. Nieznajoma była bardziej wyrobiona towarzysko.
– Okropne – zagaiła. Izydor był gotów oddać życie za te jej blade policzki, za uszminkowane usta. Boginka! – A panu … podoba się? – ciemnowłosa zajrzała mu w duszę.
– Nie – powiedział Izydor, co było tylko pół kłamstwem, ponieważ nie miewał zdania na temat sztuki. – Pretensjonalne i odkrywcze jak dziura w moście. Wszystko na jedno kopytko.
– Podoba mi się twoje poczucie humoru. Jestem Ksenia – delikatne wargi musnęły na przywitanie gorący policzek. – Cóż za zbieg okoliczności! – pomyślał Izydor. – To już druga Ksenia w moim życiu! W końcu mężczyźni zawsze szukają tego samego.
Izydor i Ksenia wymknęli się z wernisażu Paźa, ale rozpoczęli wspólne życia. Ksenia uważała się za kulturoznawczynię, chociaż skończyła pedagogikę, a na miano badaczki kultury zasłużyła sobie odważną pracą magisterską o kobietach w kinie Pasikowskiego. Z ręką na sercu trzeba przyznać, że kilkoro klientów odwróciło się od Wańki Wstańki z powodu hałaśliwego zachowania Kseni i jej jeszcze bardziej absorbujących przyjaciół: ekscentrycznych studentek bibliotekoznawstwa, pary gejów prowadzących dom kultury w Ostrołęckiem i kloszarda-mistrza haiku. Izydor był po raz pierwszy w życiu zakochany, ale nie był kretynem. W momencie, kiedy barwna gromadka dolewała wódki do soków owocowych, Ksenia zostawała zabrana na spacer po Francuskiej. Wataha dziwnie uspokajała się, bibliotekarki zaczynały rozmawiać o konkursie na najlepszą kopię wiersza Jana Twardowskiego, geje przegadywali romanse z M jak miłość, a kloszard w końcu mógł pisać haiku na serwetkach lub papierze toaletowym.
Życie pary było pieszczotą aż do momentu pamiętnego telefonu od Paźa.
– Izydor – oświadczył zapłakany głos niesiony przez dobrodziejstwo telefonii cyfrowej. – Musimy natychmiast pogadać. To najgorszy dzień mojego życia
– Otworzę Wańkę Wstańkę i pogadamy przy melbie – łagodnie mówił przyjaciel. Nie chciał, aby Paź przychodził do jego domu, odkąd pojawiła się Ksenia. To była przestrzeń naznaczona zapachem kobiety i mężczyzny, pobłogosławiona seksem trzy razy w tygodniu i wspólnymi zakupami w Tesco.
Paź wyglądał źle. Schudł, ale tym razem nie dodało mu to uroku, włosy miał w nieładzie, nie dbał już o rzęsy.
– Doruś – powiedział zagrzebując łyżeczkę w brzoskwiniowy odmęt. – Nikt ci tego nie powie, bo nikt nie zna ciebie jak ja. Zostaw tę dziewczynę, to nic dobrego. Ona jest wariatką, ona ciebie niszczy, ciągnie w dół i podcina skrzydła. Z Wańki Wstańki burdel robi. Twój ojciec – Izydor senior – w grobie się przewraca.
Izydor czuł, jakby ktoś go zamknął w słoiku przecieru z ogrodowych, lepkich owoców. Próbował śledzić wzrokiem widok za oknem, ale słyszał tylko jęk przebudowy Stadionu Narodowego. Miał ochotę chwycić Paźa mocno w ramiona i wbić go na jeden z tych pali wbijanych w glebę posthandlową, wciskanych od miesięcy przez robotników na trzy zmiany.
– Kocham ją, kochamkochakochamkocham – nigdy nie był elokwentny, ale tym razem zadziwił sam siebie.
– Doruś – Paź bez skrępowania położył swoją szczupłą dłoń narcyza na ramieniu przyjaciela. – Ty dobrze wiesz, że to nie to … to nie twoje historia, już próbowałeś ….
– Wracam do domu – Izydor zamknął temat i cukiernię.
Ksenia leżała naga w ciepłym łóżku. Była nawet piękna w ubraniu, jednak pozbawiona spódnic, spodni, bluzek, pończoch jaśniała jak księżyc na niebie. Miała sporo miękkiego ciałka, w które wszelkie pasy i brzegi wpijały się tworząc nieładne bulwy czy fałdy – goła, lekko spocona, z naturalnie czerwonymi ustami była wyzbyta wulgarności. – Izydor – powiedziała smutnym głosem. Czytała z twarzy ukochanego, jak z książki telefonicznej. – Proszę, niech tym razem się uda. Nie chcę tego zniszczyć, jesteś najlepszą rzeczą, jaka mnie spotkała.

– Kseniu – Izydor czuł, że ośmiornica dławi jego gardło, że jeżozwierz gnieździ się w jego przeponie. – Ubierz się, weź taksówkę i odjedź. Jak najszybciej, proszę. I wylej perfumy do kibla.

[robert pruszczyński]

 
Projekt został zrealizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Urzędu Dzielnicy Praga Południe
Koncentrat.org.pl kępa cafe Zakochaj sie w Warszawie Herb m.st. Warszawa

Główna | Zdarzyło się... na Saskiej Kępie | koncentrat | kontakt