łkanie/b>

Berenika kochała pracę asystentki magika.
Kochała cyrk.
Słonia kochała od dziecka, a na tygrysa patrzyła jak na młodocianego kota, a nie drapieżnego drapieżcę. Była jednak samotną kobietą, nie licząc nocy spędzonych z linoskoczkiem o pseudonimie Szpicruta.
Życie Bereniki zmieniło się w mgnieniu oka, kiedy po jednym z występów zjawił się w jej garderobie Hrabia Chichot. Spojrzała w jego oczy, które okrywała mgła (mgła złocista, mgła sina) i ogarnął ją bezmiar tęsknoty. Hrabia Onufry Chichot trzymał w łapce bukiet konwaliowych róż i pierścionek zaręczynowy.

– Madame – powiedział. – Jesteś mem przeznaczeniem. W ósmym roku życia wróżka powiedziała, że znajdę miłość w miejscu, w którym zraniony w serce tygrys patrzy w oczy błękitnookiej małpusi. Nie rozumiałem enigmy tej frazy, dopóki 40 lat później nie odkryłem istnienia tak miłej instytucji, jaką jest cyrk.

– Panie – powiedziała Berenika mierząc się z kusą spódniczką. – Rozumiem cię bardziej niż krzyczący martwo złodziej, drgający na elektrycznym krześle. Chociaż w cyrku napatrzyłam się na głodzenia słoniątek, to nie zabiło to mojej wiary w miłość czystą aż do niepowielenia.

– Nie puszczę cię, jedyna! – krzyknął Hrabia Onufry Chichot. Objął ją w pół, zgiął w ćwierć i pocałował z języczkiem.

– Czuję, że pasujemy do siebie – Berenika figlarnie zatrzepotała samorodkami tuszu na rzęsach.

Za oknem linoskoczek Szpicruta karmił wychudłe słoniątka i błękitnooką małpusię. I łkał, i łkał, i łkał. Aż pewnego dnia nie mógł się powstrzymać, wyciągnął spod łóżka szpicrutę i rzucił się z nią na ufne zwierzęta i bił je, bił je, bił je aż złamał szpicrutę.

Hrabia Chichot zabrał Berenikę z cyrku i zawiózł ją na Berezyńską. Oczywiście, pobrali się i oczywiście urodziły im się dzieci. Jego rodzice nie byli do nich niezwykle przywiązani. Wieczorami hrabiostwo było odwiedzane przez eleganckich przyjaciół Onufrego, które nie potrafiło zaakceptować mezaliansowego związku.
Berenika pewnego razu usłyszała, jak teściowa zwierza się, rzecz jasna nad filiżanką gorącej czekolady, swojej leciwej przyjaciółce: – Ten tłumok przywlókł ze sobą wszystkie klamoty. Wszystkie te szmaty dla szmaty, apaszki jak dla apaczki, wieś tańczy i śpiewa, festiwal bezguścia.

Doskonale wiedziała, że plotkowano o niej. Nie rozmawiała o swoich problemach z Onufrym, choć czasem się nawet starała przymusić. Nie potrafiła. Była przecież mistrzynią odwracania uwagi.
– Berka, co tobie, skarbie… wyznaj … teraz … wiesz, że mam tylko ciebie, nieba ci przychylę. Co ci, najdroższa? – Onufry, nagi i wzruszający tulił się wieczornym podkołdrzem do swojej pani.

– Wiesz – zaczynała Berenika i z miejsca wierzyła w nową prawdę. – Myślę o plamach na zasłonach w salonie. Chyba musimy zwolnić ukraińską sprzątaczkę. Tydzień temu wylałam czerwone wino na zasłony i ona dotąd ich nie uprała. Szmata!

– Kotuś, zwolnimy. Tylko uśmiechnij się – Onufry położył rękę w dole brzucha Bereniki. Była taka ciepła, wilgotna, rozwibrowana. Jego własna łąka.

Frustracja Bereniki rosła z dnia na dzień. Pewnego dnia wyszła z domu i wiedziona instynktem poszła do zakładu szklarsko-ramiarskiego.

– Chciałabym zamówić ramę na obraz – powiedziała bez wahania, choć w domu nie mieli żadnych malowideł. Hrabia był z wyznania ikonoklastą. I przez godzinę Berenika opisała szesnaście płócien, które rzekomo zamieszkiwały domostwo. Kobieta wyszła z pracowni z poczuciem brudu czy zbrukania. Szła jak w amoku, jak we mgle (mgła wampiryczna, mgła sina) aż opadła z sił, gdzieś daleko za Berezyńską, która była jej pamięcią.

Wyglądała jak jakaś młoda, acz już zniszczona życiem narkomanka z okładki mało zajmującej powieści. Włosy zakrywające twarz, spuszczona głowa, podarte spodnie, odpadające podeszwy od butów. Podszedł do niej łkający mężczyzna o aparycji linoskoczka. Pogładził po włosach, palcem podniósł brodę, spojrzał w wypłowiałe oczy.

– Hej, mała – powiedział zgrubiałym głosem. – Koniec tych smuteczków i fantazji, idziemy się zabawić. Ona próbowała wyrwać się z jego mocnego uścisku, im mocniej się szamotała, tym silniej wpijał w nią swoje palce. – Daj mi spokój – nie miała w sobie krztyny emocji. – Ja mam świetne życie, męża, dzieci, tylko przechodzę, ten, no … kryzys.

On roześmiał się jej w twarz. Popatrzył z powątpiewaniem i zapytał: – A jesteś pewna, że sobie tego nie zmyśliłaś? Nie odwróciłaś uwagi szczęścia od siebie samej, heh??? Wstawaj, szmato – szarpnął ją zbyt gwałtownie, kruche ciało zaskrzypiało. – Albo idziesz ze mną, albo zostajesz tu i teraz, zupę sobie zrobisz z tych wszystkich bajek, chleb posmarujesz kretyńskimi opowiastkami. Ona dotknęła najpierw swojego łokcia, później swojego ciemienia. Pod palcami nadal czuła asystentkę magika, ale to już smutne nie było.

[julita nowak]

 
Projekt został zrealizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Urzędu Dzielnicy Praga Południe
Koncentrat.org.pl kępa cafe Zakochaj sie w Warszawie Herb m.st. Warszawa

Główna | Zdarzyło się... na Saskiej Kępie | koncentrat | kontakt