larwa

Pod ciężarem bagaży Julian ugiął się jak trzcina na wietrze. Rozejrzał się wokoło, ale jego oczy, wzbogacone drogimi szkłami kontaktowymi, nie napotkały ani centymetra przyjacielskich połaci. Jak w westernie, po ziemi w kolorze spalonej cegły, wiatr turlał kuliste krzewy. Słońce odbijało się od łysej czaszki Juliana. Mężczyzna wpatrywał się w przestrzeń od kilku dobrych chwil, ale nie zapamiętał ani jednego szczegółu charakteryzującego krajobraz. Czuł, że nie musi już tego robić. Powoli zapominał twarz żony, a nawet jej imię. Pamiętał tylko, że na studiach przyjaciele nazywali ją „zapałką”. Ale dlaczego … bo była bardzo chuda i nosiła tak modne wówczas cieliste golfy, bo miała włosy obcięte jak Jean Segerg w filmie Żegnaj smutku. Witaj smutku...?
Nieważne! Żegnaj smutku!
Julian wolał się nad tym nie skupiać. Włożył palec do ust, zdjął wargami obrączkę i połknął srebrny krążek symbolizujący miłość, wiarę i nadzieję. Julian upuścił walizkę, laptopa („króla Maciusia I”, jak lubił go nazywać), saszetkę z przyborami do golenia („przybornik”, jak nigdy jej nie nazywał). Bez ciężaru bagażu, Julian był jak trzcina na wietrze. Ruszył w stronę swojego nowego domu, na który pracował przez całe życie. Wyrwał się w końcu z łap Woli i przeniósł na ubóstwianą od dzieciństwa Saską Kępę, na ulicę Bajońską. Nazwa była adekwatna do ceny, jaką zapłacił za mieszkanie w niezbyt nowoczesnej kamienicy.
Taksówka odpłynęła w siną dal, Julian musiał sprzedać samochód. Ale czy to ważne?
Jak przez mgłę pamiętał dzień, w którym rzucił pracę na uczelni i wykorzystał szansę, aby nająć się jako trybik w korporacji. W końcu mógł wejść do banku jak król i zażądać kredytu, który wypełni jego najbliższe 40 lat. Julian zanurzył się w wilgotną atmosferę starej kamienicy, niczym Biblię czytał napisy na ceglastych murach:, HWDP 2008, HWDP 2009. Dotykał palcem chropowatej powierzchni, jakby chciał pod bohomazami odkryć ich dodatkowe sensy. Wodził palcem po H po W po D po P, zmysłowo obrysowywał ich kształty. Podobne słowa powiedziała mu żona, kiedy zażądała nie kredytu, ale rozwodu – a on zgodził się wziąć całą winę na siebie. Czuł, że po ponad czterdziestu latach bycia larwą wydostał się z krępującego kokonu, że zmieni się w barwnego motyla.
– Przecież tyle jeszcze mogę! – krzyczała każda komórka krwi Juliana.
W końcu trafił do swojego przytulnego mieszkania na strychu, na które developer kazał mówić loft. Włożył klucz do drzwi i poczuł, że odlatuje. Całe to pieprzone życie, wyklute na Ochocie, rozwinięte na Woli było nic nieznaczącą plamą, nie miało nawet faktury litery H napisanej na zgrzybiałej ścianie klatki schodowej. Julian był jak trzcina na wietrze, znów wierzył.

[robert pruszczyński]

 
Projekt został zrealizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Urzędu Dzielnicy Praga Południe
Koncentrat.org.pl kępa cafe Zakochaj sie w Warszawie Herb m.st. Warszawa

Główna | Zdarzyło się... na Saskiej Kępie | koncentrat | kontakt