Kumulacja

– Kasiu, musimy się rozstać – powiedział Tomek na rozstaju Saskiej Kępy. Kasia oparła się o latarnię. Jej spojrzenie powędrowało ku olszynom, wierzbinom i innym młodocianym drzewom. Wiedziała, że jest już trzydziestoletnią sosną.

– Kasiu, nasz czas się dopełnił – powiedział Tomek nieustępliwym głosem. – Mamy za sobą kawał życia, ale trzeba myśleć perspektywicznie. O tym, że należy porzucić wiarę ojców w dwie połówki jabłka, w tej dziedzinie stałem się agnostykiem.

– A może trzeba pomyśleć o tym, że wygrałeś milion w totka? – powiedziała Kasia chybocząc się przy latarni. – Trafiłeś na kumulancję – dodała stanowczo.

– To nie ma znaczenia! Zresztą, dama nie mówi o pieniądzach, a jak chcesz … to oddam ci każdy grosz, który we mnie włożyłaś, może przestaniesz mnie traktować jak żigolaka czy trutnia. Proszę … zwrócę ci za licencjat na SWPSie i magisterium na APSie, a może za każdy posiłek, który dla mnie zrobiłaś? Ile kosztowała rzodkiewka w 2004 roku?

Kasia uśmiechnęła się smutno i pomyślała: – Czy mój milioner widzi mnie jako wystarczająco makiaweliczną dziewczynę? Chyba nie, sądząc po tej rzodkiewce. Chyba nie, bo gdyby było inaczej, to nie stałabym na skraju Saskiej Kępy, jak trzydziestoletnia brzoza, którą trzeba naciąć, aby mogła upuścić nieco – i tak zważonych soków - i płynęła dalej w starość.

– Kaśka, no – Tomek próbował wybrnąć z sytuacji schwytanej w milczenie. – Wiesz, że możesz na mnie liczyć, tylko nie płacz, Jezu, tak się marszczysz jak na łzy… bo to z tobą tak jest, tragikomediantka, a nie umiesz usiąść, pogadać …

– Cholera, przecież stoję! – przerwała Kasia zdenerwowana. – Proszę, cię, idź już sobie – czuła, że naprawdę zbiera jej się na płacz. Nie chciała, aby ją widział taką, taką … tragikomiczną. Pod latarnią.

Tomek wzruszył się mimowolnie. To była przecież Kasia, z tymi swoimi zabawnymi przejęzyczeniami, w tym rozkloszowanym paltku za 80 złotych, pod które nawet w tej chwili mógłby wcałować się do utraty tchu. Niezdarnie spróbował ją objąć, tak po przyjacielsku, ale w ich związku przyjaźni nigdy nie było, nawet takiej przyjaźni co się tylko w związku, przy ratach, przy rachunkach, wykuwa, nie mówiąc już o takim kumplowaniu się pomiędzy ludzkim.

– Idź, idź – odepchnęła go zdecydowanie. – Pospaceruję sobie.

– Ale gdzie? – Tomek się zdziwił. – Przecież jesteśmy na rozstaju, na skraju Saskiej Kępy, dalej Gocław, nie chodzisz tam przecież. Nikogo tam nie znasz. Zawsze mówiłaś, że tam nie ma cywilizowanych ludzi tylko ludziki.

– Pójdę na Saską, oddam krew w stacji krwiodawstwa – wypaliła bez namysłu.

– Kaśka, tobie na serio odwala. Ale to nie moja sprawa, skoro nawet nie chcesz, abyśmy przyjaciółmi zostali. Na pewno nie chcesz, bo tym mnie upodlisz do końca, a tylko na to czekasz. Nie umiesz mnie zrozumieć, że się zmieniłem, że już inne książki zamawiam i inne poradniki, a ty … – Kaśka odwróciła się na pięcie i poszła w stronę Saskiej.

– Idę pospacerować nad Wisłą – krzyknął Tomek. – I poczytam sobie Konfucjusza – dodał.

… ale Ona patrzyła na wydizajnowanych licealistów, którzy pewnie w ramach wagarowo-kieszonkowych chwil raczyli się kebabopodobnymi przekąskami. Czasem usta, takie głupio młode z lekką opryszczką zabazgraną błyszczykiem, dotykały warg jeszcze bardziej dziewczęcych, alabastrowych, chociaż należących do chłopca w spodniach z krokiem na kolanach. Mimo wszystko nie zamieniłaby się z młodymi na skórę. Kiedy była w ich wieku albo nawet trochę młodsza, potrafiła cieszyć się jak głupia z czekolady, którą ojciec przynosił raz z miesiącu. Tata był honorowym krwiodawcą, wracał zawsze z Saskiej blady, z podwiniętym rękawem koszuli, szeleszczący po ojcowsku tabliczką czekolady. Nie rozumiała żartów mamy, która mówiła: – Weź się, byku, do roboty, ja to niby nie krwawię raz w miesiącu? Ty na własne życzenie, więc znoś to z godnością i napraw kran.

Dwadzieścia lat później Kasia szła pośród olszyn, wierzbin i innych młodocianym drzew, nurzając zdezelowane noski pantofelków w jesienny dywan liści drzewiastych, szła aż zamknęła oczy, aż poczuła dreszcz rozkoszy rozpływającej się na języku wedlowskiej masy, z której wyparował obraz tej podwiniętej kraciastej koszuli i smugi barszczykowatej krwi przenikającej wacik zawsze mniejszy od ran.

[daniel radecki]

 
Projekt został zrealizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Urzędu Dzielnicy Praga Południe
Koncentrat.org.pl kępa cafe Zakochaj sie w Warszawie Herb m.st. Warszawa

Główna | Zdarzyło się... na Saskiej Kępie | koncentrat | kontakt