tao buldoga

W domu pod nr. 11 mieszkał pies Mao, wielki, zaśliniony buldog, wyróżniający się tym wśród innych psów, że mówił ludzkim głosem. Jego popisowym słowem było właśnie „mało”. Miał też przyrodniego brata – ratlerka.

Właścicielką cudacznego czworonoga była pani Czerwolinka, przez przyjaciół zwana Tusią, przez rodzinę Pyzą, przez kochanków Dziunią, a dalsi znajomi pozostali przy imieniu Janka. Mao, rzecz jasna, był prawdziwą atrakcją okolicy. Pasjami kochał torty, które od lat pani Misia serwowała kochającym słodycze w kawiarni Misianka. Pani Czerwolinka czasem wybierała się z Mao i ratlerkiem Ku-Ku do Parku Skaryszewskiego i spuszczała pierwszego pupila ze smyczy. Mao podchodził na poduszeczkach do niepodejrzewających wkrętki ławkowych łasuchów konsumujących kawałki ciast i – z zimną krwią na jaką stać jeno psa – straszył ich swoim „mało”. Najczęściej przerażone osoby, niewierzący emeryci lub matki zdegradowane do roli babć-darmowych nianiek, upuszczały tackę z przysmakiem i uciekały w stronę tzw. Stadionu Narodowego. Mao ze spokojem pożerał kawały tortu, który wzbogacony ziemią czy smakowitym brudkiem podłoża, nie kojarzył mu się tam bardzo z ludzkim jedzeniem, którym pśutek zazwyczaj pogardzał.

Niestety, czasem pani Czerwolinka nie mogła wyjść z buldogiem na spacer i prosiła o pomoc. Najczęściej zwracała swe wymaskarowane oczy w stronę czułego na jej kobiece, podkreślone sukienką w łączkę wdzięczne wdzięki.

– Panie ministrze, Mao musi mieć zawsze świeżą wątróbkę wciskaną centralnie do pyszczka – powiedziała pani Czerwolinka. – Na spacerze proszę mu podtykać miętę pod sam nosek, tak by odczuł orzeźwienie, proszę ministra, sam pan wie, dziś na Saskiej Kepie nie ma już prawdziwego powietrza.

– Jasne, pani Janko – powiedział minister.

– Mało – powiedział Mao.

– Merci – powiedziała pani Janka. – Dziś u nas w kiosku remanent, to panu ministrowi uda się łatwiej urwać z pracki.

– Jasne, pani Janko – powiedział minister.

– Mało – powiedział Mao.

Ulica Jakubowska zaprowadziła ministra i Mao nad Wisłę. Most Poniatowskiego wyłaniał się jak dorodna łania z kąpieli parowej, górował nad okoliczną zieleniną niby jakaś wieżyczka z kości słoniowej tłoczonej w epoce średniowiecznej.

Nagle pies jęknął „Mało” i rzucił się jak szalony w rzeki nurt.

– Mao, wracaj! Co ja powiem pani Jance! Ja bez ciebie żyć mogę…

Buldog na szczęście szybko zapomniał, w jakim celu dał susa w spienionego bałwana i wyszedł z wody, tak szybko, jak do niej wszedł. Trudno było odgadnąć, co pchnęło skórzastego psa do takiego melodramatycznie głupkowatego czynu. Może nasłoneczniona biel mostowej przeprawy? Może migająca gdzieniegdzie czerwień dachowa przystanków autobusowych wzbudziła w szlachetnym zwierzaku przeświadczenia, że może choćby na momentów kilka kaczuszkę udawać. Może, może, rzeka, rzeka.

Kilka godzin później pani Janka przyniosła ministrowi nieprzemakalną reklamówkę no logo z jego ulubionymi gazetami: Cipki w ciapki, Stawiam Tolka Banana, Kobiety zawsze w błocie.

Następnego dnia w gabinecie ministra czekał już prezydent.

– Proszę mnie potraktować jako żywy telegram – powiedział prezydent. – Oficjalnie wręczam ustnie dymisję, zyskuje pan dożywotni tytuł swojego czasu ministra chemii czy przemysłu, bardzo miłego i roztargnionego pana, ale to koniec pańskiej kariery. Nie spodziewałem się po panu takich sympatii – mówił wzburzony.

– Jakich?! – jęknął zdezorientowany minister.

– Może w Chinach panu to lepiej wyjaśnią, nie panu … ty bydlaku! – powiedział prezydent i wyszedł z gabinetu, tak szybko jak do niego wszedł.

[anna skórecka]

 
Projekt został zrealizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Urzędu Dzielnicy Praga Południe
Koncentrat.org.pl kępa cafe Zakochaj sie w Warszawie Herb m.st. Warszawa

Główna | Zdarzyło się... na Saskiej Kępie | koncentrat | kontakt