Polska Hiroszima

Emigracja. Gdy jest wewnętrzna, to trudno ją przejść, ale z chwilą przybrania zewnętrznej postaci siecze niczym stado mrówek.

– Płynę statkiem – pisał w duchu Mashakito Takanashi. – Fala bije o falę, piana – wzgardzona kochanka stromego brzegu, kreuje nowe światy.

On już nie żył. Brat-bliźniak. Z chwilą odejścia krewnego, Mashakito czuł, że Japonia nie jest jego ojczyzną. – Zabawne – myślał nadal pisząc w duchu i patrząc na morze. – Nie przeczuwałem tej żrącej pustki, jaką wywołał we mnie zgon Maurycego.

Mashakito bał się jednak morza, a nazwy „Morze Bałtyckie” nie potrafił wymówić. Lubił natomiast krótkie rejsy po Wiśle, które zaczynały się na plaży nieopodal Saskiej Kępy, a kończyły na Młocinach. Oczywiście, „Młociny” też nie przechodziły mu przez gardło.

Rodzina Takanashi została ocalona przez polskiego żołnierza, który ostrzegł ich przed bombą lecącą na rodzinną Hiroszimę. Dzielny wojak miał na imię Maurycy. Cudownie uratowani przysięgli nazwać syna imieniem zbawcy. Kiedy urodzili się bliźniacy, pan i pani T. odetchnęli, a przysłowiowy kamień spadł im z serca.

Mashakito odczuwał głęboką potrzebę ożenienia się z Polką. Nocami, pijąc hektolitry zielonej herbaty, usiłował nauczyć się języka Wałęsy i Chopina, jednak odczuwał podskórny strach. Przerażał go język, w którym nazwa dziecięcej zabawki zaczynała się od słowa „grzech”. Młody Japończyk, zniechęcony do zgłębiania lingwistycznych kruczków, wsiadł do samolotu i spontanicznie przyleciał do Warszawy. Pociągało go to miasto, o którym słyszał, że było jak polska Hiroszima, tylko jeszcze bardziej zniszczone. Porzucił swój kraj i swoją dobrą posadę w fabryce herbaty dla niepewnej egzystencji na końcu świata, więc gdzież indziej mógł zamieszkać niż w stolicy narodzonej po raz drugi z widokowych obrazów? Pociągał go niezmiernie fakt funkcjonowania w młodej przestrzeni, czuł się jakby spacerował po makiecie imitującej nieistniejące budynki. Na wszelki wypadek zamieszkał na Saskiej Kępie, która – jak poinformował go Internet – „zachowała swój przedwojenny sznyt, unikając rozpierdolenia przez niemieckie bomby”. Nie wiedział wtedy, że istnieje jeszcze tzw. lewobrzeżna Praga, po której duch starej Warszawy przechadzał się pełną piersią. Odkrył, że mieszka tam wielu jego rodaków! A może byli to Chińczycy, czuł się Polakiem na tyle, aby ich nie rozróżniać, ech.

– Czy pan jest z Japonii? – Mashakito został wyrwany z sieci zamyśleń przez głos należący do niskiej, korpulentnej blondyny. Jej łamana japońszczyzna wywoływała w nim wielość ciepłych uczuć. Skinął potakująco, choć gardło miał suche jak po zjedzeniu bochenka chleba bez popitki.

Popatrzył na nieznajomą. Była piękna: jasna skóra, jasne włosy. Jasna do bólu, jak len, jak mleko, jak krówka. Anielica.

– Naprawdę? – nieznajoma zrobiła gest mewy i odrzuciła pukiel ondulowanego warkocza.

– Nie uwierzy pan – ciągnęła. – Jaka niesamowita historia połączyła mnie z tym krajem, krajem kwitnącej wiśni.

Mashakito zlustrował nową przyjaciółkę.

– Grzechotka – powiedział. Chciał zaproponować wspólną kolację, ale w głosie miał tylko dudniącą pustkę. – Grzech…otka …Grzech…ochotka … !!

I zrobił jej zdjęcie, takim jednorazowym aparatem…

[robert pruszczyński]

 
Projekt został zrealizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Urzędu Dzielnicy Praga Południe
Koncentrat.org.pl kępa cafe Zakochaj sie w Warszawie Herb m.st. Warszawa

Główna | Zdarzyło się... na Saskiej Kępie | koncentrat | kontakt